Slyzaba
Members-
Postów
1 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Osiągnięcia Slyzaba
0
Reputacja
-
Dołączył do społeczności: Slyzaba
-
Dziękuję za to forum - czytałem sporo informacji na polskich i zagranicznych forach w temacie przetoki, która i mnie dopadła. Zostawiam swój opis - może komuś się przyda... Pamiętam doskonale sam moment (choć trudno umiejscowić go w czasie), kiedy zacząłem czuć bardzo mocne swędzenie, rozpieranie w okolicach odbytu. Nie wiedząc, co tam jest naciągnąłem mocno skórę i poczułem jednocześnie dużą ulgę i wilgoć... ropa plus krew. Z perspektywy czasu myślę, że to był moment otwarcia przetoki. Początki były bardzo spokojne - raz na kilka miesięcy powtarzałem ww. akcję i "był spokój". Z kolejnymi latami zacząłem mieć ołówkowy stolec (malutki przekrój o "geometrycznym" przekroju czyli nie okrągły a takie wieloboczny). Wizyty w toalecie zaczęły być coraz bardziej uciążliwe, pojawiał się tam śluz/ropa a czasami krew. To był moment rozpoczęcia leczenia. Trudno zliczyć u ilu byłem proktologów i ile to łącznie kosztowało... Oczywiście (jak w większości przypadków) proces zaczął się od diagnozy w stronę hemoroidów: maści, napary z kory dębu, czopki. Mam wrażenie, że było ich z kilkadziesiąt różnych odmian. Niektóre z nich pomagały a niektóre wręcz przeciwnie, zaostrzając ból. Pojawiła się kolonoskopia, jakiś jeden mały polip wycięty (pomijane hemoroidy), brak zmian nowotworowych. Tak się złożyło, że pracodawca zmienił operatora medycznego więc postanowiłem "udać Greka" i pojawiłem się na wizycie u kolejnego proktologa, że coś mnie boli, jakaś ropa etc. Na zasadzie: startuję z całą diagnozą od zera i było to w okolicach 2023/2024 czyli po kilku latach leczenia u wszystkich polecanych proktologów na Śląsku i Zagłębiu. Przypomnę - każdy z nich twierdził, że to hemoroidy mimo, że miałem już od dawna bardzo dobrze wyczuwalne dwa punkty, zgrubienia, jakieś formy nierodności ułożone niemal idealnie w osi odbytu (jeden tuż nad, a drugi poniżej (godzina 12 i godzina 6). To bodajże Lux-med skierował mnie na MR czyli rezonans magnetyczny. Akurat w zasięgu 60km miałem Częstochowę z terminem za kilka dni. Szybkie badanie i w opisie... bingo! Przetoka !! Po raz pierwszy do 5?7? latach ktoś znalazł przetokę. Od tego momentu było już lepiej, bo wiedziałem, w którą stronę iść kierunkowo. Wróciłem z wynikami do proktologa - po drodze jeszcze gastrolog (w kierunku wykluczenia Krona-Leśniewskiego). I informacja, że skoro przetoka, to tylko i wyłącznie operacja. Doszło jeszcze USG transrektalne, które potwierdziło przetokę ze zbiornikiem rzędu kilku ml. Następnie od proktologa dostałem skierowanie do szpitala z informacją, że przetoka międzyzwieraczowa jest trudna i niesie ze sobą ryzyko nie trzymanie po operacji gazów/kału i najlepiej, żebym jej nie oddawał w przypadkowe ręce. Tutaj pojawiły się dwa nazwiska: prof. Dziki z Łodzi i prof. Kołodziejczak z Wwy. Zrobiłem duże rozeznanie i finalnie wybrałem leczenie w stolicy (prof. Dziki już nie operuje i jest na emeryturze). Tutaj sporo czasu spędziłem na sprawdzeniu, gdzie p. profesor przyjmuje na NFZ. Obdzwoniłem wszystko, co znalazłem w sieci i niestety okazało się, że musi to być prywatna usługa. Umówienie się jest bardzo trudne (stan na początek 2026) ponieważ rejestracja jest telefoniczna (Szpital św. Elżbiety) tylko raz na miesiąc. Za pierwszym razem zadzwoniłem o 7 rano (otwarcie infolinii) i byłem w kolejce już 64ty! Okazało się, że wszystkie terminy na kolejny miesiąc zostały już zarezerwowane. Po miesiącu kolejne podejście (już na kilka telefonów) i tym razem udało się umówić do prof. Kołodziejczak. Skompletowałem wszystkie dokumenty (uzbierała się tego całkiem spora teczka) i pojechałem do Wwy na umówioną wcześniej wizytę. Szybkie badanie per rectum i diagnozą "ma Pan przecież dwie przetoki". Mówię: niemożliwe, byłem na MR, byłem na USG transrektalnym i tam stoi czarno na białym, że jest tylko jedna. Pani profesor się uśmiecha "ja oczywiście też mogę się mylić, ale jak jest już Pan w Wwie, to sprawdźmy ponownie na USG transrektalnym". Dopłacam więc kolejne ~350zł (wizyta u p. profesor kosztowała około 550zł) i... mam czarno na białym: są dwie przetoki międzyzwieraczowe. Czy to oznacza dwie operacje? Pani profesor nie deklaruje się w żadną stronę: otworzymy Pana, to zobaczymy, co się stanie - niemniej jeśli będzie taka opcja, to usunie obydwie przetoki. I teraz chyba najciekawszy opis, którego sam szukałem - sama operacja i okres tuż po niej. U mnie ze względu na bardzo wysoki koszt operacji odwklekałem termin przez kilka miesięcy. Finalnie w kwietniu 2026 pojawiłem się w umówionym terminie: sprawna wizyta dzień wcześniej u anestezjologa (z zacięciem historycznym - polecam w ciemno!!), przelanie kwoty za operację, podpisanie umowy i innych papierów. W dzień operacji pojawiłem się o 7 rano w szpitalu, jakaś ankieta, opaska na rękę, siostra prowadzi na oddział do trzypokojowego pokoju (sami mężczyźni). Wszystko czyściutkie, nowe, przyjemne. Są szafki na schowanie prywatnych rzeczy etc. Przebieramy się w fartuchy operacyjne i dostajemy białe "pończochy" uciskowe. Wyglądamy komicznie, a że ekipa w pokoju fajna, to nerwowo żartujemy między sobą :). Uzupełnię, że oczywiście przed operacją nie jem kilkanaście godzin nic stałego a przed samą operacją dodatkowo 8h nie wolno pić (te wymagania są wcześniej dokładnie opisane i przypominane u anestezjologa). Wieczór wcześniej wlewka i rano w dniu operacji kolejna wlewka doodbytnicza). Wróćmy jednak do sali szpitalnej - p. profesor zaczęła nas po kolei przyjmować w gabinecie (z wynikami badań). Kolejne badanie per rectum i zielone światło dla operacji. Potem założenie wenflonu i czekam.... Coś dostałem w kroplówkach ale już nie pamiętam, co tam było. O wszystko dba obsługa (która wymaga pochwał!). Przychodzi i kolej na mnie... jedziemy na blok operacyjny. Docieramy do salki, gdzie zabierają mi klapki i prowadzą na salę. Tam jak w serialu medycznym 🙂: sporo ludzi (5?6?) i masa nieznanego mi sprzętu. Siadam na krawędzi wskazanego podestu i zajmuje się mną ekipa anestezjologiczna. Upewniają się, że siedzę stabilnie, smarują plecy środkiem odkażającym. Czuję ukłucie igłą w plecy (anestezjolog dzień wcześniej mówił, że igła jest bardzo cienka i że nie jest to bolesne) i - mimo, że się tego bałem - w sumie ten etap poszedł bez żadnych problemów. Do tego podali mi coś przez wenflon. Utrzymuję świadomość przez całą operację (z późniejszych rozmów wyszło, że pozostali panowie z pokoju "odpadli" i nie pamiętają sali). Jak tylko znieczulenie zaczyna działać unoszą moje nogi do góry i mam je w pozycji, jak do badań ginekologicznych. Pojawia się mocna lampa oraz mnóstwo chirurgicznego sprzętu, okładzin etc. Sama operacja nie trwa długo - ekipa sobie rozmawia, ja się rozglądam na lewo i prawo (oglądam sprzęty). Pojawia się w pewnym momencie intensywny zapach palonego ciała/białka. Słyszę informację "operacja się udała". Zabierają mnie na około 2h do sali pooperacyjnej - nie czuję nic od pasa w dół. ZERO. Strasznie dziwne uczucie... Myśli mówią: rusz nogą a tu nie ma żadnej reakcji... Obsługa podchodzi co kilka minut (nawet może to niektórych poirytować) i pyta, czy wszystko w porządku, jak się czuję etc. Na tej sali jest więcej łóżek 6-8. Potem zabierają nas systematycznie do naszych sal. W międzyczasie jakieś kroplówki (w sporej ilości). Siostra przychodzi i pyta, czy wróciło czucie. U mnie najpóźniej w pokoju i dopiero późnym wieczorem przeszedłem kilka kroków. Dostaliśmy całkiem smaczny i obfity obiad. Zrobił się wieczór... Dostaliśmy wszyscy środki przeciwbólowe więc w praktyce nic nie bolało. Może czuje się jakiś dyskomfort, ciągnięcie... Nie jest to jednak coś, to realnie przeszkadza. Pobudka w szpitalu o 5 rano, mierzenie temperatury, kolejne kroplówki - x wizyt wszystkich "bo o 7 ma być na oddziale p. profesor". Faktycznie najpierw przechodzi po salach a potem idziemy do niej indywidualnie. Jakimś cudem udało się mi załatwić z samego rana (opcja 2), podmycie pod prysznicem i byłem gotowy do badania. Z perspektywy czasu myślę, że poszło bardzo gładko, ze względu na jakieś mocne leki przeciwbólowe... Tu ważne - najlepiej, żeby na tej wizycie po operacji był ktoś jeszcze ponieważ pokazywany jest sposób założenia opatrunków (o tym za chwilę). Dostałem od razu wypis ze szpitala a pani profesor przekazała wszystkie informacje o wczorajszej operacji czyli dwie przetoki usunięte naraz! W szpitalu zostałem, zgodnie z zaleceniem, jeszcze kilka godzin. Ważne - w moim przypadku rozcięte przetoki nie zostały zszyte. Przed operacją coś/gdzieś o tym czytałem ale chyba nie zakodowałem tego do końca... Co do opatrunków - rany należy przemywać jakimś środkiem odkażającym (wszystko dyktują w szpitalu). Potem kompres trzeba zagiąć "w rożek" i jego końcówkę smaruje się żelem antybiotykowym (niezależnie od tego dostałem receptę na antybiotyk w tabletkach). Potem ten namoczony kompres wsadza się w ranę! To znaczy do środka rany - jej ścianki trzeba rozszerzyć i włożyć tam kompres. W szpitalu poradzono nam nagranie wideo, jak wykonuje to p. doktor i to było super, bo po powrocie do domu nie byliśmy pewni co/jak/gdzie i oglądaliśmy ten filmik chyba z kilkanaście razy. Uwaga - ja byłem w szoku, jak zobaczyłem to nagranie. To tutaj dopiero zobaczyłem, jak wyglądają te rany i zdziwiłem się, że mam w ciele dwie dziury. Dosłownie: dziury. Jedna z nich wielkości około monety 5zł - po rozszerzeniu jej brzegów widać ciało w środku! Teraz opis po powrocie do domu (tę informację piszę równo dwa tygodnie po operacji): Niezbędne są tabletki przeciwbólowe - u mnie paracetamol niwelował ~80% bólu. Dieta do zmiany - dostałem w szpitalu dokładną rozpiskę co wolno (dieta lekkostrawna, minimalny wysiłek etc) a czego nie wolno (dźwiganie, seks, ciężkostrawnego jedzenia etc). Całe życie trzeba przeorganizować, żeby przetrwać ten okres. W moim przypadku, gdzie pracuję zdalnie, mogłem cały czas pracować leżąc w łóżku. Chodzenie było powolne, pokraczne bo jednak czuć te rany. Bez drugiej osoby sobie nie wyobrażam przejścia procesu leczenia. Załatwiam się dwa razy dziennie - w moim przypadku rany po operacji dotykają odbytu więc opcja 2 jest mocno bolesna i tutaj paracetamol nie pomaga. Nie ma żadnych szans, żeby używać papieru, bo ból/pieczenie są zbyt duże. Zauważyłem natomiast, że po dekadzie ołówkowatego stolca teraz wygląda to inaczej. Wcześniej moje wizyty w toalecie były długie, wypieranie stolca trwało ponieważ odbył miał malutki przekrój. To z kolei powodowało często jakieś formy otarć, bólu, swędzenia etc. 2 tygodnie po operacji zauważyłem, że przekrój kału jest 3?4? razy większy i sama akcja wydalania kału trwa dosłownie kilka sekund (a nie minut, jak wcześniej). Traktuję to - póki co - jako dużą zmianę na plus. Zobaczymy, czy utrzyma się dalej... Z ubikacji w tempie możliwie jak najszybszym udaję się do wanny i tutaj zaczynam od małego strumienia lekko ciepłej wody. Na samym początku nawet to mocno bolało a dotknięcie tej większej dziury to łzy w oczach. Zastanawiałem się nad zakupieniem jakieś formy bidetki/pompy myjącej do toalety. Ale żeby dobrze się wymyć w okolicach odbytu trzeba możliwie szeroko rozstawić nogi, więc u mnie finalnie stanęło na wannie i użyciu słuchawki prysznicowej. Przez to, że nie mogę używać papieru, to tych resztek z kału jest naprawdę sporo... Od 2 dni czuję poprawę sytuacji. Przeszedłem się nawet po osiedlu (w ciągu całego dnia 3 tysiące kroków). Bolało, łezka jakaś się polała ale to spory postęp. Sam etap zmiany opatrunków (u mnie 2x dziennie) jest mniej bolący/piekący. Łatwiej się leży, wstaje etc. Na podkładach sanitarnych (90cm x 60cm) jest coraz mniej plam. Kupiłem ich kilkadziesiąt i chyba nie zużyję wszystkich. Na samym początku te kompresy w ranach oraz dodatkowe w przestrzeni między pośladkami szybko się przemaczały i brudziły podkłady. 2 tygodnie później jestem na etapie, że dwudniowy podkład ma dwie małe kropeczki. Co się jeszcze przydaje? Tzw. strzykawka trzyczęściowa, której tłok lepiej/płynniej pracuje niż w zwykłej wersji i łatwiej jest przepłukiwać rany. Kupiłem też kilkaset kompresów na platformie aukcyjnej plus do tego taśmę do ich przyklejania na skórze pośladków. Przydaje się małe wiadereczko, wyłożone w środku workiem na śmieci. Tutaj wrzucamy wszystkie zużyte kompresy, papierowe ręczniki (zbierają ciecz po przepłukaniu ran). Przed każdym wypróżnieniem idę najpierw do wanny - odklejam plastry z pośladków, wyciągam kompresy z między pośladków i potem puszczam wodę ze słuchawki prysznicowej. Jak czuję, że te kompresy w ranach są już mokre, to wtedy je delikatnie wyciągam. Z kolei po wypróżnieniu mogę aktualnie użyć najmocniejszego strumienia wody - wcześniej nie było to możliwe. Mimo tego, że jest dużo wody, pod dużym ciśnieniem i do tego delikatnie myję odbyt/rany dłonią, to potem zdarza się, że po wypięciu się do założenia nowych kompresów, moja druga połówka zauważa gdzieś głębiej resztki kału. W takich przypadkach polecam rękawiczki lateksowe, które potem wyrzucamy. Summa summarum zakupowo: - leki z recepty, paracetamol, strzykawka trzyczęściowa, kompresy, taśma przylepna, wiadereczko/worki na śmieci, podkłady sanitarne (60cm x 90cm), ręczniki papierowe, rękawiczki lateksowe, płyn do odkażania ran. Za kilkanaście godzin będę na wizycie kontrolnej u p. profesor więc dam potem znać, jak poszło.